Ach, alkohol… jak na coś, czym harcerze się zajmować nie powinni, mówi się o nim w tymże harcerstwie dość sporo. To czemu i ja nie mam dorzucić paru groszy?

Kot moich teściów, gdy dowiedział się, że znów będzie o alkoholu…

Oczywiście siłą rzeczy, z uwagi na formę, w jakiej zabieram się za temat, wszystko będzie dość skrótowe, dlatego weź to pod uwagę, drogi czytelniku (nie przytaczam też całej literatury, jaką się posługuję, nie jest to artykuł naukowy). Być może niektóre wątki zasługują na rozwinięcie, muszę jednak zostawić to na następny raz, z uwagi na goniące terminy…

Ale jak to zwykle bywa, zanim się człowiek zanurzy w tego typu “gorące” tematy, musi uczynić milion zastrzeżeń, żeby nie urazić czyichś uczuć. Pierwsze zastrzeżenie, co do jakości i formy własnej pracy już poczyniłem.

Wypadałoby jednak zacząć od tego, że podchodzę do tematu patrząc na problem z zewnątrz. Nie tylko dlatego, że to już nie jest mój obóz i nie moje żerdzie, ale również dlatego, że nie uważam, by miało to bardzo duże znaczenie. Po pierwsze nikt nie jest idealny (świat i skauting też nie), ZHR też być nie musi. Po drugie każdy popełnia błędy, nawet wybitni instruktorzy i wychowawcy, ze szczególnym wskazaniem na Andrzeja Małkowskiego, co nie przekreśla ich dorobku w całości.

Po trzecie błąd (moim zdaniem) uwzględnienia abstynencji w Prawie Harcerskim nie ma dziś większego znaczenia, bo nawet gdyby go naprawić, brak jest w ZHR pomysłów, co robić dalej. Wreszcie mniejszość (zapewne) myśli tak jak ja, nie ma więc widoków na zmianę. Uważam jednak, że należy promować samodzielne myślenie, a poza tym, jeśli już robimy taki błąd, to warto wiedzieć, co na tym tracimy.

Poczyńmy dalsze wstępne ustalenia.

Po pierwsze uważam, że ludziom, którzy potrafią się czegoś wyrzec, należy się podziw i szacunek. I dotyczy to wszelkich dziedzin życia: kartuzów, którzy wyrzekają się prawie wszystkiego, rodziców, którzy wyrzekają się wygodnego życia na rzecz tworzenia rodziny, ludzi, którzy przestają jeść mięso, mimo że jest ono smaczne.

Dlatego szanuję również ludzi, którzy rezygnują z używki, jaką jest alkohol, mimo że jest on smaczny. Podziwiam, choć osobiście nie znajduję dla siebie przekonującej motywacji, by poczynić podobne wyrzeczenie.

Oczywiście nie chcę nikogo tym tekstem obrażać. Żywiąc jednak szacunek dla obcych mi poglądów (a także dla historii, tradycji i dorobku wielu pokoleń), z zapałem podejmę się próby ich krytyki.

Czy abstynencja jest nieodłączną częścią harcerstwa?

Czy abstynencja jest warunkiem sine qua non harcerstwa? Można spróbować bronić takiego stanowiska, ale jedynie przy zastrzeżeniu, że harcerstwo jest czymś innym niż skauting. Abstynencja wszak na pewno nie jest obowiązkowym elementem skautingu. W światowym ruchu skautowym prawie nie występuje, choć oczywiście wstrzemięźliwość i rozwaga w podejściu do alkoholu jest postawą promowaną i stawianą za wzór.

Miejsce tętniące historią, tradycją, radością i wspaniałym smakiem (w Słowenii)

Skoro wiemy, że abstynencja istotnym elementem metody i idei skautowej nie jest, wróćmy do rodzimego ruchu harcerskiego. Nikt z instruktorów nie ma chyba wątpliwości, że harcerstwo jest skautingu częścią. Nieco wyświechtana fraza, że harcerstwo to skauting plus niepodległość jest już nieaktualna (niepodległość mamy, zaborcy nie przetrwali, więc pomijanie wierności panującemu w prawie skautowym straciło sens).

Kluczowym dla skautingu i harcerstwa elementem jest metoda. Tymczasem abstynencja jest dla tej metody co najmniej irrelewantna (osobiście uważam, że w wymiarze organizacyjnym jest z nią sprzeczna). W ruchu skautowym nie należy zbytnio przywiązywać się do dokumentów, ale sięgnijmy do jednego z nich, zatytułowanego: “Podstawowe zasady wychowania harcerskiego w ZHR” (przyjęte przez Radę Naczelną w 2005 roku). Pojawia się tam Prawo Harcerskie z “Dziesiątką” w obecnym brzmieniu. Próżno jednak szukać tam głębszego odniesienia do abstynencji. Nawet w oficjalnym, obowiązującym w organizacji kompendium metody harcerskiej nie przedstawiono żadnego związku między abstynencją, a metodą.

W tym miejscu warto zacytować inny fragment tego dokumentu, dotyczący zasady pozytywnego oddziaływania: “Wychowując przez przykład, należy opierać się na wskazaniach, a nie zakazach, kreować przykłady postaw zgodnych z harcerskimi ideałami, a nie szukać i piętnować tych, którzy z Prawem Harcerskim niewiele mają wspólnego”. Zdanie, z którym należy się zgodzić z jednym zastrzeżeniem: treść “harcerskich ideałów” czy Prawa Harcerskiego również powinna być zgodna z tym zdaniem, szczególnie, że nasz harcerski kodeks, skautowe prawo, jakbyśmy tego zbioru zasad nie nazwali, stanowi właśnie… przykład, wzór postępowania (“Harcerski ideał wychowawczy został przedstawiony w postaci Prawa Harcerskiego” – cytat zaczerpnięty wprost z “Podstawowych zasad…”).

„Wychowując przez przykład, należy opierać się na wskazaniach, a nie zakazach, kreować przykłady postaw zgodnych z harcerskimi ideałami, a nie szukać i piętnować tych, którzy z Prawem Harcerskim niewiele mają wspólnego”

Również w oficjalnym komentarzu do Prawa Harcerskiego (przyjętym przez Radę Naczelną w tym samym, 2005 roku) ciężko znaleźć uzasadnienie dla powiązania abstynencji alkoholowej z harcerstwem. Autorzy komentarza bazują na ustalonym tekście, przyjmując go za aksjomat i dotykając głównie problemu postawy i wierności wymogom (“Złamanie zasady abstynencji jest dla wszystkich widocznym znakiem lekceważenia Prawa Harcerskiego i podważa wiarygodność i prawdziwość naszego Przyrzeczenia Harcerskiego”). 

Czy harcerstwo jest zatem aż tak różne od skautingu, by stwierdzić, że dla jego istnienia, a także dla skutecznego pełnienia zadań wychowawczych konieczna jest abstynencja? Nie sądzę. Wynika to raczej z zaszłości historycznych. I nie mam tu na myśli tylko narodzin harcerstwa i genezy zasady abstynencji, ale przede wszystkim lata komunizmu, gdy przestrzeganie wszystkich dziesięciu punktów Prawa Harcerskiego faktycznie było pierwszym probierzem harcerskości. Być może to właśnie nie pozwala nam dzisiaj patrzeć na wymóg abstynencji chłodno racjonalnie.

Tymczasem w normalnej sytuacji Prawo Harcerskie nie może być miarą stopnia harcerstwa w harcerstwie. Jesteśmy poważnymi ludźmi, wiemy, że ktoś kiedyś siadł i je napisał. Nie napisał go zresztą sam, wzorował się na Prawie Skautowym, które również stworzył człowiek. Nie jest to prawo objawione, jest to “harcerski ideał wychowawczy”, który może ulec (i wielokrotnie ulegał) zmianie, czasem na lepsze, a czasem na gorsze. Oczywiście, gdyby prawo organizacji mieniącej się skautową było rażąco sprzeczne z szeroko pojętą zachodnią cywilizacją, moglibyśmy mieć wątpliwości co do charakteru skautowego tejże organizacji. Rozstrzygnięcia należałyby jednak do kazuistyki, co do zasady Prawo Harcerskie jest dla nas przede wszystkim narzędziem.

Skąd się wzięła abstynencja w harcerstwie?

Wszyscy (teoretycznie) instruktorzy powinni wiedzieć, skąd się zakaz spożywania alkoholu w Prawie Harcerskim wziął. Jeśli zajrzeliby do cytowanego wyżej komentarza do Prawa Harcerskiego obowiązującego w ZHR, przekonaliby się, że: “Już w roku 1912 o tę zasadę poróżnili się instruktorzy skautowi wywodzący się z „Zarzewia” z tymi z „Eleusis”. To właśnie ci ostatni instruktorzy stoją za unikatową w skautowym świecie (charakterystyczną dla Europy środkowo-wschodniej) zasadą abstynencji.

Organizacja znana jako “Eleusis” przywoływana jest hasłowo, rzadko kto spoza grona harcerskich historyków naprawdę zgłębia jej historię. Po pierwsze stwierdzić należy, że słowo “organizacja”, choć prawdziwe, czyni jednak mylne wrażenie, bo “Eleusis” było naprawdę malutkim tworem (słowo stowarzyszenie jest bardziej odpowiednie). Największe koła liczyły po kilkudziesięciu członków (a duża część jedynie kilku – choćby warszawskie, liczące bodajże w 1913 roku jedynie pięciu elsów).

Nad historią Eleusis nie będę się zbytnio rozwodzić. Warto jednak wiedzieć, że stowarzyszenie rozpadło się w atmosferze kłótni, konfliktu, utraty autorytetu założyciela, który jeszcze za życia pierwszej żony, w 1913 roku, ożenił się z Wandą Peszyńską.

Organizację Wincentego Lutosławskiego krytykowali już jej współcześni. Sięgnąłem sobie do broszurki księdza Konstantego Majewskiego, wydanej w 1910 roku i zatytułowanej “Czy Eleusis pana Lutosławskiego jest katolickim, czy masońskim zakonem?”. Ksiądz Konstanty Majewski był jednym z członków Solidatium Pianum, stowarzyszenia założonego przez księdza Huberta Begniniego z polecenia papieża, św. Piusa X (Górski K., Polscy integryści – nieznana karta dziejów katolicyzmu polskiego [w:] Znak, 5/-6, Kraków 1980). Uczciwość redaktorska wymaga bym jasno powiedział, że jego działalność miała zatem charakter antymodernistyczny, integrystyczny (co może zrazić wielu harcerzy, zwłaszcza z uwagi na dość modernistyczny charakter duchowości “harcerskiej”). Ostra krytyka Eleusis jest w przypadku księdza Majewskiego całkowicie zrozumiała, różniło go od Lutosławskiego niemal wszystko. Na wstępie zresztą porównuje go nie tylko do Andrzeja Towiańskiego, ale także do “Mateczki” Kozłowskiej, czyli znanych polskich odstępców od nauki Kościoła Katolickiego.

Wskazuje ksiądz Majewski w swojej broszurce, że każdy ma prawo do wstrzemięźliwości sam siebie wedle własnej woli zobowiązać, każdemu też wolno do takiej wstrzemięźliwości nakłaniać innych. Jednak zasadniczy błąd Wincentego Lutosławskiego ma polegać na tym, że nie każde postanowienie jest albo może być “ślubem religijnym”.

Warto też wskazać, że autor skrupulatnie, wers po wersie udowadnia, że nauki Lutosławskiego w zakresie czystości (wolności od rozpusty) są niezgodne z nauką Kościoła Katolickiego. Dalej w odniesieniu do słynnej wypowiedzi Lutosławskiego, że ruch poczwórnej abstynencji jest ściśle religijny i wyszedł od katolików, zatem jest (on i jego idee) nawskroś katolickie (1), ksiądz Majewski ripostuje, że przede wszystkim nie wszystkie idee, które wyszły od katolików, są katolickimi (wskazując jednocześnie, że “wszystkie niemal błędy i herezye wylęgły się w głowach tych, którzy katolikami byli”).

Nie czas i miejsce, ale w dalszej części broszurki ksiądz Majewski rozbraja także absurdalne wynurzenia Lutosławskiego na temat odbudowy ludzkości (“podniesienie rasy”) przez Elsów, którzy wiążąc się ze sobą i wychowując potomstwo, doprowadzą do tegoż podniesienia. I wtedy pojawia się soczysty passus, który muszę zacytować w całości:

Myliłby się ten, ktoby sądził, że “zakon” Eleusis stawia przed sobą trudne, a często i niewdzięczne zadanie dźwigania z moralnego upadku pijaków, palaczy, szulerów i rozpustników; że chce ich powołać do pracy nad sobą, do walki z nałogami; że chce z nich tym sposobem wytworzyć zastęp ludzi bogobojnych, uczciwych, czystych, wstrzemięźliwych, pracowitych, itp.

Nie, ile z zawiłych i ciemnych wyjaśnień p. Lutosławskiego zrozumieć można, twórcy Eleusis, jeżeli tego celu wprost nie wykluczają, to z pewnością za nim, jako za nieziszczalną utopią, nie gonią.

Mają oni nadzieję, że to z czasem, kiedyś może po milionach lat, samo przez się przyjdzie, gdy się wszyscy ludzie na Elsów przerobią, czy też, wskutek polepszenia rasy, Elsami rodzić się będą. Tymczasem są to nieziszczalne utopie.

Oto są własne pana Lutosławskiego słowa:
“Nie dlatego jedynie, by walczyć z czterema najgorszymi nałogami, rzucamy hasło poczwórnej wstrzemięźliwości, lecz dlatego, by wynaleźć wśród tłumu tych poczwórnie wstrzemięźliwych, szczególniej tych, co są wstrzemięźliwi z natury, bez wysiłku, bez trudności, bez zasługi. [kurtyna, oklaski – przyp. DZ]”.

Na koniec, nie chcąc się już pastwić na Lutosławskim i jego “dziełem”, chcę zaznaczyć, że czerpanie z dorobku pseudokatolickiego (bo “katolickiego” jedynie w sferze deklaracji, które to deklaracje już wtedy podawano w wątpliwość) zakonu wydaje mi się być co najmniej niepoważne. Szczególnie wobec tak wielu deklaracji głębokiego powiązania harcerstwa (ZHR-u w szczególności) z chrześcijaństwem, a nierzadko także z katolicyzmem.

„Nie dlatego jedynie, by walczyć z czterema najgorszymi nałogami, rzucamy hasło poczwórnej wstrzemięźliwości, lecz dlatego, by wynaleźć wśród tłumu tych poczwórnie wstrzemięźliwych, szczególniej tych, co są wstrzemięźliwi z natury, bez wysiłku, bez trudności, bez zasługi”

W tym miejscu pozwolę sobie uczynić małą dygresję. Zawsze zadziwiało mnie obecne w niektórych mediach, ale także wypowiedziach pojedynczych instruktorów, wiązanie krytyki zasady abstynencji z “atakiem na harcerstwo”, co więcej wyprowadzanym (zgodnie z sugestiami) z pozycji relatywistycznych, często antychrześcijańskich (teraz zresztą jest to bardzo wygodne, bo możemy krytykować ZHP za upadek obyczajów, łącząc sobie strzałeczkami LGBTQ i alkohol). Oczywiście dla dużej części społeczeństwa harcerstwo to mali żołnierze w mundurach, którzy nie piją alkoholu i nic więcej (więc jak się zabierze abstynencję, to nie zostanie nic…), takiej postawy muszą się jednak wystrzegać instruktorzy w dyskusji o abstynencji.

Nie chcę się uciekać do argumentum ad Iesum, ale trzeba podkreślić alkohol jest immanentną częścią zachodniej cywilizacji od tysięcy lat! A wegetarianizm i joga, a także całkowita abstynencja – zdecydowanie nie, nie mówiąc o “duchowych małżeństwach” w stylu elsów (choć jeden harcmistrz po przeczytaniu skierował mnie do księgi proroka Daniela, rozdz. 1, wers 1-16 – warto zajrzeć). Trzeba też przypomnieć niektórym bardziej “zatwardziałym”, że skauting katolicki doskonale sobie radzi bez zakazu spożywania wszelkich darów Pana Boga.

Wracając do głównego wątku i jednocześnie go zamykając: oczywiście, harcerstwo zaczerpnęło od elsów jedynie abstynencję i rzecz jasna abstynencja w harcerstwie nie jest dożywotnim, ani czasowym ślubem, a jedynie dobrowolnym zobowiązaniem, z którego w każdej chwili można zrezygnować. I tu należy oddać sprawiedliwość rozsądkowi ojców-założycieli.

Na rozprawienie się z “Eleusis” i jej niezasłużenie dobrą opinią wśród harcerzy przyjdzie czas kiedy indziej. My zaś musimy w naszych rozważaniach przejść od historii do nieco bardziej współczesnych problemów.

Dlaczego warto utrzymać abstynencję w Prawie Harcerskim?

Muszą być jakieś rozsądne przyczyny implementacji zasady abstynencji do polskiej wersji prawa skautowego inne, niż zwykłe przepisanie jej z zasad pseudokatolickiej “Eleusis”. Jeśli założycielom starczyło rozsądku, by zmodyfikować zasadę abstynencji zaczerpniętą od elsów, być może należałoby zawierzyć ich intuicji i wiedzy. Warto jednak przekonać się samemu, czy gra jest warta świeczki.

Zdrowie?

Często przytacza się argumenty dotyczące zdrowia. Harcerz zaś powinien o swoje zdrowie dbać. Mnie osobiście taka argumentacja nie przekonuje, bo nie tylko alkohol jest niezdrowy. Niezdrowe jest życie w ogóle, bo zawsze kończy się śmiercią. Niezdrowe są chipsy i cola, niezdrowa jest pizza, słodycze, kawa – a wszystko to w kolosalnych ilościach spożywają nasi wychowankowie i instruktorzy na obozach harcerskich (i nie tylko).

Nie można uznać za normalną sytuacji, w której promuje się abstynencję z przyczyn zdrowotnych, a jednocześnie codziennie serwuje harcerzom na obozie słodycze w ramach podwieczorku, parząc co wieczór kawę w namiocie kadry “bo gra na jutro sama się nie przygotuje”.

Ponadto domniemana szkodliwość alkoholu podaje w wątpliwość wartość abstynencji jako wyrzeczenia. Trochę tak jak z postanowieniami wielkopostnymi, polegającymi na rezygnacji ze słodyczy (podczas gdy główną motywacją jest chęć zrzucenia paru kilo). Jeśli ktoś nie czerpie przyjemności z picia alkoholu, ciężko uznać jego abstynencję za wyrzeczenie.

Faktem niezaprzeczalnym jest, że nadużywanie alkoholu jest niezdrowe i ma negatywny wpływ na organizm człowieka. Ale spożywanie alkoholu nie jest nadużywaniem, o czym wielu z harcerzy zapomina, z rozmysłem lub nie.

Konus pisał w swoim artykule na Azymucie o tym, że nie ma badań udowadniających pozytywny wpływ niewielkich dawek alkoholu na zdrowie. No i to nie jest prawda – alkohol spożywany w umiarkowanych ilościach (odpowiadającym 12 gramom etanolu dziennie w przypadku kobiet i dwukrotnie większej ilości w przypadku mężczyzn, zapamiętajcie tę liczbę) ma wpływ od obojętnego do nawet pozytywnego na różne aspekty kondycji ludzkiego organizmu. Jak wskazuje się w badaniach, wykres zależności podatności na niektóre choroby od spożycia alkoholu ma kształt litery “J”.

Co to oznacza? Ano, że ryzyko zachorowania w razie abstynencji jest wyższe niż w przypadku umiarkowanego spożycia, a wraz ze zwiększeniem ilości dramatycznie rośnie. Nie chcę rozwlekać tego tekstu kazuistyką. Jeśli ktoś chce samodzielnie zweryfikować ilość i wyniki badań, wyszukiwanie w Google Scholar fraz “health benefits of wine” i “health benefits of beer” daje setki tysięcy wyników. Oczywiście nie wszystkie z tych setek tysięcy wyników potwierdzają pozytywny wpływ na zdrowie, bez problemu jednak znajdziecie takie badania. Warto też podkreślić, że w żadnym razie nie jest to margines – co do zdrowotnych właściwości wina czy piwa istnieje konsensus naukowy (dziękuję mojej żonie za research, którego efekty podaję w skróconej formie).

Problem leży gdzie indziej, a mianowicie w wyważeniu wad i zalet napojów alkoholowych. Nie można komuś zalecić picia piwa czy wina, bo ludzie uzależniają się od alkoholu. Nie oznacza to jednak, że całkowita abstynencja od alkoholu jest zdrowsza od umiarkowanego spożycia.

Oddziaływanie na społeczeństwo?

No dobrze, ale są wokół nas ludzie, którzy nadużywają alkoholu, co w sposób oczywisty ma negatywny wpływ na zdrowie, ale także więzi społeczne. Być może powinniśmy być wszyscy abstynentami dla dobra wspólnego, dla innych (pamiętajmy, że to wcale nie przyświecało elsom)? 

„Prędko, piję gwiazdy” – ojciec Pierre Perignon po wynalezieniu szampana (źródło aż nadto widoczne).

Trzeba jednak zadać pytanie, czy w takim razie poza wymiarem duchowym (innym niż kształtowanie charakteru abstynenta, polegającym na ofierze z własnej przyjemności złożonej w dowolnej intencji) możemy powiedzieć, że jesteśmy skuteczni, a także czy ta skuteczność przewyższa potencjalne straty, związane z “progiem wejścia”.

W kontekście społecznym od abstynencji możemy oczekiwać dwóch rzeczy: wyrugowania alkoholu z życia w ogóle, przez objęcie naszym oddziaływaniem całości społeczeństwa (ten cel jest oczywiście utopijny), lub też chcemy stanowić ekstremum, za pomocą którego będziemy wpływać na część społeczeństwa w taki sposób, że ograniczymy spożycie. Zgaduję, że większość instruktorów, ludzi rozsądnych, przyjmuje tę drugą perspektywę. Czy to jednak działa?

Pojawił się jakiś czas temu artykuł (na portalu gazeta.pl, oparty na rozmowie z prezesem PARP), który instruktorzy podawali sobie z rąk do rąk dodając komentarze w stylu: “i kto jeszcze chciałby zmieniać Prawo Harcerskie w takiej sytuacji? Mamy tyle do zrobienia!” Swoją drogą, czy to sugestia, że gdyby spożycie alkoholu w Polsce gwałtownie spadało (albo spadło do zera), to ZHR mógłby rozważyć rezygnację z abstynencji, z racji osiągnięcia swego celu? Nie wiem, choć się domyślam, panie Tadeuszu.

A 90-te urodziny świętuję z bratem tak (L’Osservatore Romano).

Zajmijmy się tym artykułem, czymś więcej niż tylko chwytliwym tytułem. Oto we Francji, we Włoszech i w Niemczech spożycie alkoholu spada. Ale jak spada? We Francji z 19 litrów do poniżej 12 litrów na głowę. Ile w Polsce? Za chwilkę, najpierw zadam pytanie (trochę retoryczne): czy którymś z trzech wymienionych wyżej krajów zaczęła ostatnio działać organizacja skautowa z abstynencją wpisaną w Prawo Skautowe? Bo jeśli tak, to byłby koronny dowód na skuteczność naszego sposobu walki z nadużywaniem alkoholu! Niestety, takie organizacje wedle mojej wiedzy tam nie powstały.

Za to w Polsce, w naszej pięknej Ojczyźnie, takie harcerstwo działa już przeszło sto lat (z przerwą na część PRLu). Ale niestety – u nas rośnie. Z 8 litrów do prawie 11 litrów na głowę. Gdybym chciał być dowcipny, to bym powiedział, że to przez Związek Harcerstwa Polskiego, który zmienił Prawo Harcerskie… ale do tego tematu jeszcze wrócimy.

Nie osiągnęliśmy więc jeszcze poziomu Francji, za to przeskoczyliśmy Włochy. Zaznaczmy przy tym, że według różnych danych, we Francji od 5 do ponad 7% obywateli stanowią muzułmanie (we Włoszech około 4,6 %), którzy z założenia nie piją alkoholu.

Pijemy ponad 11 litrów czystego alkoholu na głowę według miary WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), czyli w grupie powyżej 15 roku życia. Wkrótce osiągniemy poziom 12 litrów. Powyżej tej bariery rusza proces degradacji społecznej.

Degradacja społeczna we Francji musi być zatem kolosalna po wielu latach rozpijania społeczeństwa. W końcu palą samochody na ulicach i podkładają bomby… choć mam poczucie, że część tego to sprawka innowierców z silną frakcją abstynencką.

Nie będę się zajmować poruszaną w artykule tematyką zakazów reklamy, czy ograniczania pozwoleń na sprzedaż alkoholu. Państwo ma tu dyskrecjonalną władzę i może ograniczać, nic mi do tego – sam uważam, że ograniczanie liczby punktów sprzedaży i godzin ich otwarcia jest wskazane. Z drugiej strony alkohol pewnie prędzej zniknie z małych sklepów, niż z dużych supermarketów zagranicznych sieci, położonych w oddaleniu od szkół, osiedli i tak dalej. Mały kamyczek do ogródka w temacie dominacji gospodarczej zagranicznych podmiotów (i wielkich koncernów, w tym także producentów alkoholu).

Podstawowy wniosek wynikający z opisanego artykułu jest taki, że Polacy piją więcej. Czyli na pytanie, czy Prawo Harcerskie wywiera zbawienny wpływ na społeczeństwo odpowiedzielibyśmy, że… nie, nie wywiera. Oczywiście, można sugerować, że gdyby nie harcerze, Polacy piliby znacznie więcej. Albo troszkę więcej. Albo ociupinkę więcej. Ale przy liczebności ZHRu (uzależnionej między innymi od wymogu abstynencji), ten efekt nie jest, nie może być znaczący.

Sięgnijmy sobie do źródła, którym posługiwał się autor artykułu – danych WHO. Nie jestem socjologiem, nie znam się też na statystyce, dlatego potraktujcie to jako rozważania amatora

W Polsce spożycie wzrosło z 8,4 litra czystego alkoholu na osobę w 1991 roku do 10,4 litra na osobę w 2016 roku. Co ciekawe, spożycie alkoholu “nierejestrowanego” (czyli de facto np. domowego) spadło z 1,9 litra do 1,7 litra. Warto podkreślić, że z udostępnionych danych wynika, że spożycie utrzymujące się na podobnym poziomie w latach 1991-2001 “gwałtownie” wzrosło pomiędzy 2001 a 2006 rokiem – i od tego czasu utrzymuje się na podobnym poziomie (10,3 w 2006 roku, 10,1 w 2011 roku, 10,4 w 2016 roku). Pytanie brzmi (nie znam odpowiedzi) z czego to wynika – czy faktycznie taki wzrost miał miejsce na skutek regulacji prawnych, innej metody badawczej…

Można by się pokusić o tezę, że wpływ na wzrost spożycia miało wstąpienie naszego kraju do Unii i wdrożeniem swobody przepływu towarów (w tym alkoholu), a także wzrostem ruchu turystycznego (Kraków i Warszawa znają angielskich, weekendowych “turystów”…). Można by poprzeć to argumentem, że tak samo gwałtownie wzrosło spożycie w krajach bałtyckich (choć Czechy, Węgry i Cypr nie odnotowały tego wzrostu), zaś Bułgaria odnotowała lekki wzrost między 2006 a 2011 rokiem, choć znów: Rumunia żadnego (przypominam, że wstąpiły do UE w 2007 roku).

W całej Europie w 2016 roku spożycie czystego alkoholu na osobę sięgnęło poziomu 11,3 litra (przy czym obejmuje to 9,9 litra w rejestrowanym obrocie i 1,4 litra w nierejestrowanym). Czy jest zatem jakoś katastrofalnie? Pokusiłbym się o twierdzenie, że nie (szczególnie jeśli pamiętacie podawaną przeze mnie ilość alkoholu uznawaną za umiarkowane spożycie i uwzględnicie gęstość etanolu, która w 100% roztworze wynosi 0,79 g/cm3 – obliczenia musicie wykonać sami). Oczywiście, każdy ma inną wrażliwość, ale ja, który nie widzę w spożyciu alkoholu niczego złego, tak właśnie uważam.

Czy zatem w dużej skali nasza harcerska abstynencja ma znaczący wpływ na społeczeństwo? Chyba nikogo nie zaskoczę jeśli po tym wywodzie stwierdzę, że raczej nie. Ale to nie znaczy, że nie może mieć zbawiennego wpływu w indywidualnych przypadkach. Abstynencja, jak kraje kapitalistyczne, ma swoje plusy – ale idzie o to, by te plusy nie przesłoniły nam minusów.

Praca nad charakterem w wymiarze indywidualnym

Abstynencja pozwala pracować nad charakterem. Koronny argument, nie pozbawiony racji. Wyrzeczenia kształtują charakter, a przynajmniej siłę woli. Stąd propagując postawę abstynencką, podkreśla się wpływ jej przestrzegania na siłę charakteru. Muszę jednak poczynić krótką dygresję, przypominając cytowaną wypowiedź Lutosławskiego o tym, że elsowie poszukiwali osobników z natury zdolnych do takiego wyrzeczenia.

Takie stanowisko nieco kłóci się z powołaniem harcerstwa do kształtowania postaw wszystkich chłopców, którzy będą chcieli z tego skorzystać. Nie trzeba przecież kształtować (w tym zakresie) kogoś, kto ma naturalną zdolność do wyrzeczeń. No, chyba że chce się tworzyć rasową elitę, kadry wykute ze stali, które zmienią świat.

Harcerze jawią się w takiej wizji jako bezimienni herosi, którzy wobec swoich znajomych demonstrują silną wolę i wierność ideałom, zawstydzając ich i dając im dobry przykład. Może i tak jest… ale może jednocześnie tworzymy sobie alternatywne, hermetyczne grupy harcerskich znajomych, w których taka postawa jest oczywista i wcale nie wymaga wielkiego wysiłku? Szczególnie dotyczy to instruktorów, których liczne zajęcia i zaangażowanie w pracę Związku (konieczne dla jego istnienia) powoduje, że ilość interakcji z ludźmi “z zewnątrz” znacznie spada.

Przynajmniej czytajcie „Sulimczyka”!

Przy tym jeśli dla kogoś na co dzień spotykającego się z harcerzami, spędzającego wakacje z harcerzami, przyjaźniącego się z harcerzami (w żadnej z tych rzeczy nie ma oczywiście nic złego), wielkim wyrzeczeniem i wyzwaniem jest odmowa wzniesienia toastu na rodzinnych imieninach czy spotkaniu współpracowników, to może faktycznie ma duży problem. Nie jest to tak wielkie osiągnięcie, jakim chcielibyśmy je odmalować.

Osiągamy dzięki abstynencji efekt niepicia przez zbiorowość harcerzy, a także być może delikatne oddziaływanie na ich otoczenie – to prawda, ale czy faktycznie jednocześnie pracujemy nad ich charakterem? Trudniej w harcerstwie być zwolennikiem obozów samodzielnych (złośliwi by powiedzieli – samodzielnego myślenia też, ale ja nie jestem złośliwy), niż abstynentem. I być może właśnie obecność w konkretnej grupie z jednoczesnym zachowaniem trzeźwości umysłu i kwestionowaniem dominujacych poglądów kształtuje charakter lepiej, niż zamykanie się w wąskiej grupie abstynentów o nieco “elitarnym” charakterze (przynajmniej wedle samopoczucia jej członków).

Rachunek korzyści i strat

Wreszcie należy zadać najważniejsze pytania, także te dotyczące metody harcerskiej. W kontekście indywidualnym możemy oczekiwać następujących efektów: budowy charakteru chłopców za pomocą wyrzeczenia, jak w powyższych akapitach, lub budowy w chłopcach poczucia odpowiedzialności za społeczeństwo, pewnej elitarności (rozumianej tym razem w dobry sposób) i przewodnictwa.

Jeśli abstynencja ma jednak służyć pracy nad charakterem, to czemu tę pracę uśredniamy? Rezygnujemy (świadomie lub nie) z dopasowania form, wymagań i programu do potrzeb poszczególnych chłopców, a także różnych środowisk, w jakich działają drużyny ZHR. Wszyscy wiemy, że każda drużyna ma swoją specyfikę.

Jest też drugie, bardzo, bardzo ważne pytanie, jakie musimy sobie zadać. Czy sprowadzając pracę z chłopcami do prostego zakazu, ewentualnie do przykładu własnego i usilnego przekonywania, nie osiągamy efektu odwrotnego do zamierzonego? Czy nie deprecjonujemy wyrzeczenia, jakim jest abstynencja?

Nie podkreślamy bowiem wagi dobrowolnej abstynencji, stawiając na piedestale tych, którzy podjęli się tego trudu, zamiast tego ustawiając wysoki (w naszym mniemaniu także wysoki moralnie) standard patrzymy z pogardą na tych, którzy do tego standardu nie dorośli. Chłopcy zaś, nie widząc w tym większego sensu, godzą się z naszą pogardą i opuszczają radośnie ZHR, zyskując etykietkę tych, którzy nie sprostali (“Dla harcerzy oczywistym powinno być utrzymanie i propagowanie postawy zdecydowanie przeciwnej spożywaniu alkoholu i narkotyków. Nie rozstrzygają one żadnego z dotykających nas osobistych problemów, a dodają wiele nowych, zdecydowanie bardziej niebezpiecznych. Jeżeli ktoś nosi krzyż harcerski i uważa, że „prywatnie” takie „głupoty” go nie dotyczą to droga jest jedna – zdjęcie munduru, zdjęcie harcerskiego krzyża. On wybiera inny styl życia” – z komentarza do Prawa Harcerskiego z 2005 roku).

Są pewne korzyści z zasady abstynencji. Na pewno wymagamy więcej od chłopców, czyli teoretycznie wypuszczamy w świat ludzi o silnym charakterze. Stawiamy też jasne wymagania, ułatwiając sobie pracę z chłopcami (pole do prostej deklaracji – chcę lub nie chcę być harcerzem). Odróżniamy się od reszty społeczeństwa, przydając harcerstwu elitarnego charakteru. Wreszcie ułatwiamy nieletniemu chłopcu odmowę, gdy rówieśnicy proponują mu alkohol – może on wówczas powołać się na autorytet zewnętrzny, na zasady, których musi przestrzegać.

Są jednak i pułapki. Po pierwsze znacząco zawężamy krąg oddziaływania, przepuszczając chłopców przez filtr abstynencji w wieku 16-18 lat. Jeśli zaś nie egzekwujemy zakazu z całą mocą, ryzykujemy wypuszczanie w świat ludzi przyzwyczajonych do hipokryzji i ukrywania własnego poglądu. Skupiając się na abstynencji od alkoholu rezygnujemy z indywidualnego podejścia, nierzadko bagatelizując inne zagrożenia dla zdrowia, dla charakteru. Kładziemy nacisk na uchybienia pijących, nie na wytrwałość tych, którzy podejmują się abstynencji. Sprowadzamy różnicę między harcerzem i nie-harcerzem jedynie do prostej etykietki – chłopca, który nie pije. Wreszcie, co dla mnie osobiście ma wielką wagę, szczególnie jeśli chodzi o kształtowanie charakteru, przyzwyczajamy chłopca do tego, że “ktoś” od niego wymaga, nie on sam od siebie.

Dla rozluźnienia atmosfery po tych trudnych pytaniach, sprawdźmy, co mają do powiedzenia na temat picia wina mistrzowie życia zakonnego (oczywiście, jeśli ktoś wie cokolwiek o trapistach, cystersach czy ogólnie benedyktynach, wie, że korzystam trochę przewrotnie z tego źródła – za Pawłem Milcarkiem i jego Notatkami z reguły, publikowanymi w Christianitas):

Jednak co innego osobista proabstynencka opcja Świętego, a co innego – zgoda na umiarkowane korzystanie z wina. Ze zredagowanych przez św. Grzegorza Wielkiego opowieści o życiu św. Ojca Benedykta wiemy, że potrafił i powstrzymywać się od wina (jako eremita), i pić je z umiarem (jako opat np. na Monte Cassino). Jak widać, zawsze odróżniał osobisty wybór abstynencji od swobody w sprawach dopuszczalnych – i jako przełożony nie narzucał swoim zachowaniem ideału z lat pustelniczych. Co ciekawe, słowo tolerantia – które odgrywa dziś tak ważną rolę – pada w tym rozdziale Reguły w zupełnie szczególnym sensie: niektórym dał Pan Bóg „tolerancję abstynencji“, to znaczy umiejętność znoszenia braku wina (i w ogóle alkoholu). Trudno jednak budować na tym zasadę obowiązującą wszystkich: zatem, powiemy teraz zgodnie z obecnym użyciem słowa „tolerancja“, w klasztorze toleruje się picie wina. Tolerancja ta ma granicę: nie do nasycenia, lecz wstrzemięźliwiej, parcius. Oto reguła wewnętrzna dla tej sprawy.

„św. Ojciec Benedykt zawsze odróżniał osobisty wybór abstynencji od swobody w sprawach dopuszczalnych – i jako przełożony nie narzucał swoim zachowaniem ideału z lat pustelniczych”

Reguła zewnętrzna, materialna jest – jak to w Regule – równocześnie dość konkretna, ale i poddana konkretnemu osądowi przełożonego. „Hemina“ wina jest dzisiaj dla nas miarą podobnie tajemniczą jak „funt“ chleba z poprzedniego rozdziału (…) Jest to nie „wzorzec metra“, lecz coś w rodzaju „punktu orientacyjnego“: jeśli zezwalasz na mniej, miej powody; jeśli zezwalasz na więcej, miej powody. Skąd mają brać się te powody? Po pierwsze, zważaj na „słabość niemocnych“: warunki metabolizmu, ale i warunki charakterologiczne. Po drugie, bierz pod uwagę okoliczności związane z porą roku, miejscowym klimatem, aktualną pogodą, rodzajem pracy. Na końcu dwa światełka alarmowe, sygnalizujące, że pomylono miarę: żółte światełko „przesyt“ i czerwone światełko „nietrzeźwość“.

Warto pamiętać, że podstawowa różnica między klasztorem, a harcerstwem jest taka, że wspólnocie zakonnej podporządkowuje się całe swoje życie. A harcerstwo, mimo wyświechtanego sloganu “całym życiem”, zajmuje jedynie jeden życia wycinek (choć niewątpliwie wywiera wpływ na życiową postawę). Czy zatem jesteśmy upoważnieni do tak nieuzasadnionych wymagań wobec naszych wychowanków?

Względy praktyczne

Nie mogę jednak na tym zakończyć, przechodząc tym samym obojętnie obok nieco pokrętnej wizji picia alkoholu, reprezentowanej przez część instruktorów. Chodzi mianowicie o podejście, w którym stawiamy znak równości między używaniem alkoholu, a nadużywaniem alkoholu. Słowem- kluczem jest tu służba, na którą często powołuje się w dyskusjach.

Można odwieźć znajomych z imprezy nie będąc abstynentem? Można. Bo to, że ktoś pije, nie znaczy wcale, że musi pić codziennie czy nawet na każdej imprezie, na jaką się wybiera. Można udzielić pierwszej pomocy po alkoholu? Można (sam już się w takiej sytuacji znalazłem), bo to, że się człowiek napił, nie znaczy jeszcze, że się upił.

Ludzie generalnie potrafią dzielić się odpowiedzialnością, potrafią planować, potrafią świadomie, w danej sytuacji, zrezygnować z picia. A jeśli nie potrafią, bo są młodzi, to powinniśmy pomóc im tę umiejętność wykształcić. Czy drogą do tego jest całkowita abstynencja? Osobiście uważam, że nie. 

Gotowość do służby również nie jest zbyt silnym argumentem, bo jeśli jesteśmy w harcerskim towarzystwie, to wszyscy są do służby gotowi. A jeśli nie, to gotowi do służby harcerze stanowią mniejszość. A jeśli stanowią mniejszość, to równie dobrze w towarzystwie “pijącym” można umówić się, że kilka osób nie pije. I wyjdzie na jedno…

Brak dyskusji

Nie ma w harcerstwie dyskusji o abstynencji. Są próby, i owszem, ale zdecydowana większość z nich sprowadza się do prezentacji jej zalet. Dobrze, że zalety abstynencji są prezentowane? Dobrze! Ale nie miałbym problemu, żeby zrobić zajęcia dotyczące zalet, ot choćby, wegetarianizmu. Przy tym prawdopodobnie członkowie Eleusis przyklasnęliby mi i razem ze mną zaczęli przekonywać harcerzy ZHR do rezygnacji z mięsa (może wpiszemy to do Prawa Harcerskiego?). Ale żarty na bok.

Prezentacja korzyści i zbywanie wszelkich wątpliwości krótkim “tradycja”, albo “dura lex, sed lex” nie sprzyjają zrozumieniu, nie sprzyjają kształtowaniu nawyku samodzielnego myślenia, wymagania od siebie samego. Trzeba rozmawiać o tym co zyskujemy i co tracimy wychowawczo. Choć oczywiście, jeśli chcemy całkowicie wyeliminować alkohol ze społeczeństwa, to faktycznie może trzeba straszyć uczestników kursów instruktorskich uzależnieniem od alkoholu (been there, done that,  czemu nie straszymy zdjęciami próchnicy?). Nie chcę też znęcać się nad sekciarskim podejściem przejawiającym się w wypowiedziach w tonie: “korporacje oszukują i dolewają różnych syfów do piwa”, bo i takie rzeczy harcerze mówią (zalecam świadomą konsumpcję, nie tylko alkoholu).

Jedną z rzeczy, których strasznie nie lubię, są świadectwa w “oazowym” stylu. Jeśli też tego nie lubicie, przeskoczcie trzy akapity. Wydaje mi się bowiem, że uczciwość wymaga paru słów o sobie. Nigdy nie planowałem być abstynentem. Nawet jako mały harcerz, który wstępował do ZHR (choć o piciu alkoholu nie myślałem w ogóle) nie wyobrażałem sobie siebie jako abstynenta (czy to już czyni ze mnie odszczepieńca?). Skłamałbym, gdybym powiedział, że wymóg abstynencji nie miał nic wspólnego z moją rezygnacją z ZHRu. Miał, prócz wielu innych powodów, ułatwił mi podjęcie tej decyzji. I jej nie żałuję. Takie jest moje osobiste świadectwo.

Być może część z instruktorów uznałaby taką postawę za godną potępienia, za charakteryzującą człowieka słabego. Chętnie poddam się takiemu osądowi. Uważam jednak, że ZHR traci wielu wartościowych ludzi (nie, nie myślę nadal o sobie) ze względu między innymi na ten wymóg. I nie mam z tym problemu, dopóki instruktorzy mają taką świadomość, dopóki wiedzą, co tracą. A niestety część moich dysputantów wyrażała pogląd, że jeśli ktoś nie potrafił się wyrzec alkoholu dla harcerstwa, to widocznie miał słaby charakter.

Otóż całkowicie się nie zgadzam i podkreślam to przy każdej okazji. Jest pewna grupa instruktorów, która pozostaje aktywna z poczucia obowiązku, ale także lojalności wobec przyjaciół, czy środowiska. I nie podzielają oni wcale pozytywnego stosunku do abstynencji, nie widzą nic złego w piciu alkoholu i sami chętnie by spróbowali. Są jednak potrzebni, niezbędni, a przynajmniej ciągle to słyszą z ust pozostałych. Trwają więc wbrew swoim przekonaniom w organizacji, która nie wprost wprawdzie, ale w praktyce potępia postawę inną niż abstynencka i wyniośle hołduje zasadzie – nie podoba się, to odejdź. Jest to, i mówię to z pełną mocą, bardzo frustrujące.

Niewiele bowiem ma to wspólnego z dobrowolnym wyrzeczeniem, wspartym wiarą w wielkie dzieło, jakim jest budowa nowego, lepszego społeczeństwa za pomocą abstynencji. Więcej ma wspólnego ze znoszeniem tej całej otoczki (i oczywiście innych absurdów harcerskiej codzienności), ciągłego potępiania własnych poglądów, dla dobra chłopców w gromadach i drużynach. I, co warto podkreślić, jest tym bardziej frustrujące, że częstokroć pozytywny stosunek do alkoholu jest bardziej w ZHR potępiany niż postawy niezgodne z etyką o kośćcu chrześcijańskim. Na koniec okazuje się więc, że opuszczenie harcerstwa, w którym aktywnie działają przyjaciele, przekazanie pola służby komuś innemu, zdjęcie munduru i przyjęcie na siebie odium “słabego” jest większą próbą charakteru, niż abstynencja.

Co dalej?

Efektem tego wszystkiego, co opisałem powyżej, jest absurdalna z punktu widzenia idei harcerskiej sytuacja. W Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej nie docenia się heroizmu abstynencji i nie przypisuje się jej wartości. Za to potępia się wykroczenia przeciw zasadzie abstynencji, co jest oczywiście naturalnym następstwem zakazu (tego czy innego).

Czyli w skrócie, mimo szumnych deklaracji odnośnie kardynalnych zasad metody, posługujemy się niemal wyłącznie oddziaływaniem negatywnym, miast pozytywnego. Do tego rezygnujemy z indywidualnego podejścia, a także deprecjonujemy wartość wstrzemięźliwości uznając ją za standard i posługując się nieco ordynarnym na tle reszty punktów Prawa Harcerskiego zakazem. Kształtujemy też mężczyzn, którzy są abstynentami czerpiąc siłę nie z własnej, dobrowolnej decyzji, a z zewnętrznego autorytetu.

Tymczasem naszym problemem jest hipokryzja (kolejne już, słynne badania postawy, o których krążą legendy wśród instruktorów…). Nie jest ona jednak wyłącznie domeną pojedynczych instruktorów. Hipokryzja jest cechą całej naszej organizacji. Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej nie ma bowiem odwagi, by powiedzieć “sprawdzam”. Nie ma odwagi, pytanie tylko dlaczego? Możliwych odpowiedzi widzę kilka.

Być może nie ma wśród “starszyzny” wiedzy na temat skali “problemu” – w oderwaniu od pracy z drużynami harcerzy i wędrowników, stykając się z dużą stosunkowo grupą bardzo doświadczonych, zasłużonych harcmistrzów i harcmistrzyń, można zapomnieć, jak wygląda rzeczywistość. Być może wspomniana starszyzna ma wiedzę na temat skali problemu i ma świadomość, że gdyby dzisiaj wyrwać z korzeniami instruktorów i instruktorki, którym zdarza się popijać, to jutro nie byłoby ZHRu.

Być może jednak ma wiedzę na temat skali problemu, ale jest (a właściwie poszczególni instruktorzy są) odpowiedzialna wychowawczo i wie, że ludzie upadają i się podnoszą, i chce z nimi pracować. Innymi słowy, wbrew własnej deklaracji ideowej, działa z rozsądkiem.

Chcę wierzyć, że u podstaw niemocy ZHRu w tej sprawie leży ostatni z wymienionych powodów. Taką postawę jak najbardziej szanuję, ale jednocześnie nie mogę nie zadać pytania – czy taka praca nie byłaby możliwa również bez nakazu abstynencji? Czy nie byłoby to efektywniejsze? Czy nie objęlibyśmy swoim zbawiennym wpływem znacznie większej części społeczeństwa?

Moim zdaniem tak, choć oczywiście mogę się mylić. Tymczasem Związek Harcerstwa Polskiego, choć czasem błądzący, podjął tę decyzję. W wielu ZHRowskich głowach strzeliły wówczas korki od Piccolo, bo bez żadnej krępacji możemy wreszcie powiedzieć, że prawdziwe harcerstwo to tylko na Litewskiej w Warszawie. Oby się ZHR nie przeliczył.

Niewątpliwie alkohol w ZHR jest “gorącym” tematem. Dużo o nim myślimy, mimo prób zamiecenia sprawy pod dywan prostym “tak być musi”. W efekcie z nakazu abstynencji robimy sobie świecką religię i sito, przez które przepuszczamy harcerzy, zastanawiając się jednocześnie usilnie, dlaczego tracimy ich tak dużo. 

Na koniec jednak zostawiłem sobie jeden argument za utrzymaniem abstynencji, który jako jedyny przemawia do mnie i zmusza do refleksji. Tym argumentem jest wierność tradycji, tylko i wyłącznie. Nie odrzuca się pochopnie dziedzictwa pokoleń. Ale w ogóle odrzucić je można! Czasem nawet należy, szczególnie że waloru tradycji mogą nabrać i złe nawyki (co się notorycznie zdarza na poziomie drużyn). Trzeba poprzedzić to odrzucenie namysłem, starannym rozważeniem argumentów za i przeciw. Część tych argumentów starałem się przedstawić wyżej, zaś do tego namysłu, wstępu do dalszych działań lub ich braku, namawiam Was gorąco.

(1(Dodatkowy passus: “Tu nastręcza się uwaga: idea bezwzględnej poczwórnej wstrzemięźliwości zrodziła się w głowie p. Lutosławskiego – Polaka; więc jest i musi pozostać czysto polską. Tymczasem zamierza on za jej pomocą odrodzić narodowo całą ludzkości – to znaczy całą ludzkość przerobić na Polaków!!! Proszę jednak nie żartować! P. Lutosławski jest wyznawcą Towiańskiego – głównym zaś dogmatem towiańczyków jest mrzonka “mesyanizmu”, czyli odkupienia wszystkich narodów przez Polskę. Słuszna więc, żeby odkupione narody przyjęły narodowość odkupicielki!… Risum teneatis!”)

Przeczytaj także

W ZHR w latach 2003-2018, przeszedł ścieżkę od młodzika do harcmistrza. Drużynowy 16 WDH „Grunwald” (2009-2012), i patrolu wędrowników „Włóczykije” (2012-2017). Przyłożył swoje ręce do licznych obozów, turniejów, kursów i zlotów, nie stronił od pracy w komendzie chorągwi, parał się również harcerską publicystyką. Prywatnie prawnik i historyk in spe, mąż instruktorki z Żoliborza. Stara się przysłużyć harcerstwu spoza organizacji, na tyle, na ile może.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *