„Złota Kaczka” największy, najdłuższy i najbardziej kontrowersyjny (dla niektórych) projekt ZHR, który mam nadzieję stanie się kuźnią kadr drużyn wodnych ZHR.

„Jeden trudny rok”[1]

W poprzednim odcinku 😉 :

  1. Rok 1903 „De drie Gebroeders” (późniejsza „Złota Kaczka”) zostaje zwodowana i zarejestrowana w Amsterdamie. W trakcie wojny „De drie gebroeders” wpływa do Gdańska i dalej płynie Wisłą do Płocka, gdzie pozostaje do zakończenia II Wojny Światowej. W latach 50-tych i 60-tych „Złota Kaczka” jest pływającym muzeum. Dociera na Mazury, do Gdyni . Ostatecznie po prezentacji wystawy na Odrze pozostaje we Wrocławiu w P.P. „Żegluga na Odrze”. W połowie lat 80-tych zostaje przekazana do jednego z klubów sportowych, gdzie ulega dewastacji i ulega zatopieniu.
  2. Wiosną 1990 statek odnajduje drużynowy 25 WrŻDH pwd Benedykt Byś, „Złota Kaczka” zostaje podniesiona z dna i przetransportowana na przystań HOW Stanica (ZHP).
  3. Jesienią 1996 25 WrŻDH opuszcza ostatecznie HOW Stanica i przenosi swoją całą działalność na statek. Powstaje harcówka, szkutnia, kubryk/kuchnia.
  4. Zima 1996/1997 phm Jerzy Kasprzak (ZHP) wykonuje dokumentację fotograficzną. Fundacja Otwartego Muzeum Technika (prof. Januszewski) wykonuje później kartę ewidencyjną zabytku oraz formułuje wniosek. Na tej podstawie „Złota Kaczka” staje się zabytkiem ruchomym wpisanym do rejestru zabytków Ministerstwa Kultury (obecnie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego)
Piłowanie i rąbanie przerębla
Wybaczcie, że snuję moją opowieść nielinearnie, ale muszę wrócić jeszcze do roku harcerskiego 1996/1997.

Był to ważny rok dla „Złotej Kaczki”. Rada drużyny podjęła decyzję o całkowitym „oddaniu cum” i przeniesieniu działalności z lądu (HOW Stanica) na nasz statek. Zima 96/97 była wyjątkowo surowa. Konieczne było codzienne utrzymywanie przerębla w lodzie, wzdłuż burty statku.[2]

Woda zamarzając zwiększa swoją objętość. To wie każdy. O ile ? Jak to powiązać z temperaturą, wiedzą nieliczni.

W dużym uproszczeniu można przyjąć, że tafla lodu o długości 100cm rozszerza się jednokierunkowo (kolejne uproszczenie) o ok. 0,5 mm na każde 10 C różnicy temperatur.  Przy -20 C mrozu mamy już ok 1 mm „rozszerzenia”. Każdy, mam nadzieję, widział w szkole  eksperyment Gravesandego – to ta sama zasada tylko zamiast podgrzewania ciała stałego (lodu) obniżamy jego temperaturę.

Mechanizm rozszczelnienia

„Złota Kaczka” stała na zatoczce która miała szerokość ok 40 m, ok 5 m od brzegu. Sam statek ma szerokość ok 5 m. Pomijając poślizg rozpierającego się lodu na brzegach, burty statku (przy temp. -20C), przyjmują/”amortyzują” odkształcenie o wymiarze ok 35 mm (oczywiście było to mniej) .

Mamy zatem wyjaśnienie dlaczego mówi się o   „trzaskającym mrozie” (trzaskają drzewa lub właśnie lód), albo dlaczego takie zjawisko powodowało rozszczelnienie się statku na stykach nitowanego poszycia. Dlatego po przekroczeniu grubości lodu powyżej 20 cm , bardzo ważne było codzienne utrzymanie przerębla wzdłuż burty[3].

Próbka poszycia „Złotej Kaczki”
Pierwotnie poszycie Kaczki wykonane było z brytów stali połączonych są nitami „na zakładkę”, każda deformacja takiego połączenie (zwłaszcza skorodowanego) powodowała mniejszy lub większy przeciek na połączeniu nitowanym.

Na szczęście zimy, z utrzymującym się długotrwale mrozem, poniżej -10 C są dziś we Wrocławiu rzadkością. Wspominam o tej ciężkiej zimie ponieważ była ona preludium do klęski, która nawiedziła Wrocław w 1997 roku.

Powódź  tysiąclecia 1997[4]

Intensywne deszcze, które nawiedziły z początkiem lipca 1997 południową Polskę, północne Czechy i Morawy doprowadziły do katastrofalnej powodzi. Znaczna część Wrocławia została zalana 12 lipca, w okolicy 16 lipca mieliśmy wyjechać na obóz…  Wyjazd został odroczony.

Bardzo szybko na przystań ZHP zaczęli przybywać dawni członkowie drużyn, którzy wspierali osoby broniące wałów w okolicy. Ta część miasta (tzw. Wielka Wyspa – osiedla Biskupin, Dąbie, Bartoszowice, Sępolno, Zalesie, Zacisze, Szczytniki) została w większości uratowana przed zalaniem, mimo, że poziom wody znajdował się około 3-4 worki powyżej korony wału. Po ustabilizowaniu się sytuacji na wałach otrzymaliśmy zapytanie czy jesteśmy w stanie wesprzeć służby bazą, osobami i sprzętem (motorówki i silniki). Drużyna nie posiadała takiego sprzętu (był na przystani ZHP), która była zalana. Za to była Kaczka była sucha i bezpieczna. Byli też moi przyboczni oraz dawni członkowie HOW Stanica, wszyscy gotowi do służby.

Rysunek 2 Obszar zalania Wrocławia podczas powodzi  1997  r. , źródło: IMGW

W  trakcie kulminacji fali powodziowej, na Kaczce znajdowała się więc baza załogi motorówki. Otrzymaliśmy beczkę plastikową („na ogórki” – z deklem) na paliwo. Załoga wypływała rano, wracała na statek po południu, w kambuzie na kuchni węglowej grzaliśmy „powodziowe frykasy” (salami, chleb, i inne cud z darów dla powodzian).

Ekipa Kaczki (rotacyjnie ok 6 osób) dowoziła, na zmiany, do mieszkańców Siechnic i Radwanic chleb, wodę i artykuły pierwszej potrzeby. Pomagała też w ewakuacji ludzi. To była trudna i brudna służba, wśród pływających wszędzie śmieci i padłych zwierząt, która trwała ok 4 dni.

Poziom wody w krytycznym momencie podniósł się o ok 3,5 m (!) , w stosunku do normalnego poziomu. Do krawędzi wału dopływaliśmy łodzią. ZHR wskazał mnie jako osobę odpowiedzialną za obiekt pływający. Obóz drużyny musiał poczekać, zresztą i tak drogi wyjazdowe z Wrocławia przez kilka dni były zalane, po pierwszej fali[5]. Kilkukrotnie byliśmy kontrolowani przez Policję i Inspektorat Żeglugi Śródlądowej (obecnie Urząd Żeglugi Śródlądowej).

Kaczka stała na 2 kotwicach (jedną zerwaną kotwicę odnaleźliśmy dopiero w 2013 roku) i 3 cumach. Ponieważ rzeka wystąpiła z koryta i płynęła na poziomie korony wału, statek stojąc w miejscu de facto płynął względem wody z prędkością ok 6 km/h[6] (zmierzyłem). Wtedy pierwszy raz sterowałem tym statkiem. Niezapomniane uczucie, gdy masz świadomość, że jesteś pierwszym sternikiem od ok 40 lat.

Takie zakotwiczenie oznaczało np. walkę ze śmieciami (resztkami altan ogrodowych, snopkami siana), które płynęły Odrą zaczepiały się o cumy i dziób statku powodując zagrożenie zerwania się statku i zagrożenie np. dla mostów gdyby doszło do kolizji.

Powódź jest strasznym doświadczeniem. W przypadku Wrocławia i wrocławian miał jednak pozytywne aspekty. Wspólny „wróg” jednoczy. Wielka woda na równi zagrażała panu profesorowi i sklepikarzowi. Wszyscy stali się mieszkańcami tego samego miasta, narażonymi na te same niedogodności. Przyjmuje się, że Powódź 1997 jest doświadczeniem granicznym dla Wrocławia , konstytuującym dzisiejszą tożsamość mieszkańców.[7]

Trzeba pamiętać, że taki kataklizm oznacza np. brak prądu, w ówczesnych realiach kompletny brak komunikacji (zalane linie, zablokowana sieć komórkowa), zamieszanie, panikę, olbrzymie emocje, z tym wszystkim stykaliśmy się uczestnicząc w akcji ratowniczej. Towarzyszyła mi również refleksja, że choćby z racji roli Kaczki w trakcie powodzi warto było go uratować, że to wszystko jakoś tak „się układa” w jakiś większy sens. [8]

Po obozie 1997, który odbyliśmy wspólnie z 3 Wrocławską Wodną Drużyną Harcerek zaczęliśmy marzyć o przystani na lądzie. Kaczka okazała się za mała na dwie drużyny…

Przemieszczenie majątku drużyny na nową przystań

Powódź 1997 spowodowała ostateczny upadek jednej z przystani ZHP (na drugim końcu Wrocławia) i od wiosny 1998 trwały negocjacje z ZHP na temat jej przejęcia.

Zespół „zwiadowców” (drużynowi, przyboczni, wędrownicy) pojawił się na przystani (jeszcze formalnie ZHP) na ul Długiej zaraz po powrocie z obozu 1998. Podnosiliśmy płoty, łataliśmy dziury… i siłą rzeczy musieliśmy przestać skupiać się na statku.

Na nową przystań przeprowadziliśmy się w listopadzie 1998 . „Kaczka” pozostała na drugim końcu Wrocławia i znowu zbliżała się zima.

Podjęliśmy próbę przeprowadzenia statku jeszcze tego jesienią 1998. Załatwiliśmy formalności. Na początku grudnia rozpoczęły się mrozy, które skuły zatoczkę na Biskupinie. Musieliśmy przebijać (wyciąć) 300m kanał o szerokości ok 6 m, w 15 cm lodzie, który umożliwiłby przejście statku na rzekę. Krótszy kanał ok 150m wykuwała druga grupa na naszej nowej przystani.. Trwało to popołudniami około 1 tygodnia.

Trochę o technice. Wyrąbywanie takiego kanału wymagało znalezienia pewnej metody. Nie można po prostu rąbać lodu i pozostawić go skruszonego w przeręblu, ponieważ by bardzo szybko zamarzł. Zbyt dużo energii kosztowałoby również rozdrabnianie go w celu wyłowienia go. Rąbaliśmy więc kwadraty o boku ok. 3 m, a następnie jeden z nas stawał na krawędzi tej tafli, która zanurzając się umożliwiała dwóm innym osobom wepchnięcie jej pod otaczające pole lodowe. W ten sposób dysponowaliśmy rynną, którą codziennie wydłużaliśmy, aż dopłynęliśmy do wyjścia na Odrę.

Akcja rąbania rynny

Niestety w trakcie, przyszły jeszcze większe mrozy, które unieruchomiły śluzy i definitywnie zamknięto szlak. „Kaczka” utknęła na HOW Stanica na kolejną zimę. Cała nasza praca poszła „na marne” (jak błędnie wówczas myślałem) , co więcej trzeba było ponownie wykuć 200 m kanału żeby wprowadzić statek z rzeki na zatoczkę.

Zezwolenie na przemieszczenie statku

Ostatecznie statek został przeprowadzony na przystań ZHR HOW „Zatoka” w lipcu 1999 roku[9].

W latach 1999 – 2003 na statku odbywały się zbiórki drużyny, biwaki drużyn, zbiórki wacht.  Co ciekawe zdarzały się nawet zajęcia dolnośląskiej edycji kursu zuchowego (ok. 2002/3) „Naboje”, który do dziś wspominają ówcześni animatorzy ruchu zuchowego m.in. hm Joanna Wilk, phm Helena Klimas, phm Wojtek Piątkowski, phm Daniel Rudnicki. Odbywały się zajęcia kursu podharcmistrzowskiego (Janusz Dziewit pamiętasz?). Statek mimo, że warunki na nim były spartańskie miał swój „klimat”. Chyba każdy prawdziwy harcerz woli zajęcia na statku z piecem węglowym niż „biwak kursowy” w szkole?! [10]

Wigilia drużyny 2004

Niemniej wraz z zagospodarowaniem się drużyn na nowej przystani i pogarszającymi się warunkami, przeciekami użytkowanie stawało się coraz bardziej sporadyczne i kłopotliwe.

W trakcie zimowiska 2002/2003 przy gwałtownym ochłodzeniu statek zaczął przeciekać i zatonął… Na szczęście było płytko i osiadł na dnie.

„Złota Kaczka” przytopiona

To było dla nas ostrzeżenie, że czas pomyśleć poważnie o przyszłości „Złotej Kaczki”, która wymagała stałej opieki i regularnego pompowania w zimie.

W lecie 2003 roku zjawił się na przystani przedsiębiorca, który oferował nam ok 15 000 zł za statek (o ile dobrze pamiętam), trochę się zastanawialiśmy, ale ostatecznie daliśmy sobie czas do końca roku 2004.

Był to czas przed akcesją do Unii Europejskiej i powiedzieliśmy sobie, że poczekamy i zanim podejmiemy decyzję o pozbyciu się statku poszukamy możliwości uratowania go w ramach ZHR. Wiedzieliśmy, że sami nie podołamy finansowo, ale byliśmy wielkimi optymistami. Tylko od nas i od naszego zaangażowania zależy to czy uratujemy statek czy też będziemy musieli podjąć trudną decyzję przekazania go innemu podmiotowi, który będzie zdolny przeprowadzić remont.

Po co?

Kilka osób dziś zadaje pytanie „Po co ZHR zajmuje się jakimś statkiem?” Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Przy pomocy tego statku realizujemy cel istnienia ZHR – wychowanie.

W statucie ZHR jest mowa (par. 6 pkt. 10d) : „ [par.6]Związek realizuje swoje cele  przez [pkt.10] podejmowanie działań w zakresie [ppkt d)] kultury, sztuki, ochrony dóbr kultury i tradycji.”

Tak długo jak w ZHR będą osoby zdolne do zajmowania się statkiem, tak długo jak statek będzie wykorzystywany do celów wychowawczych związku oraz jego utrzymanie nie będzie istotnie (lub wcale)[11] obciążało budżetu ZHR, tak długo powinien on być własnością ZHR i przy jego pomocy realizowane jest wychowanie członków i uczestników ZHR.

Wychowanie ma wiele wymiarów. Jednym z nich jest wychowanie do odpowiedzialności. Moim zdaniem w tym zakresie mamy spore deficyty. Mało jest środowisk, które potrafią lub planują rozwój swoich jednostek, równocześnie myśląc o rozwoju bazy, a przecież drużyna powinna się spotykać w harcówce ( a nie w salce katechetycznej), mieć swój magazyn i posiadać w nim swój sprzęt ( a nie pożyczony). Każde „pożyczenie” („zaharcerzenie”) jest w moim odczuciu swego rodzaju pasożytnictwem, bo ktoś inny ponosi koszty i odpowiedzialność za zgromadzenie i utrzymanie majątku, który jest pożyczany.

Oczywiście posiadanie statku nie jest warunkiem koniecznym do istnienia ZHR, ani tym bardziej do realizowania podstawowego celu istnienia ZHR. Niemniej posiadanie „Złotej Kaczki” może być jednym z elementów np. pomiaru wiarygodności ZHR , dowodem na jej sprawność. To wymiarze prestiżowym.

W wymiarze dziedzictwa kulturowego trzeba mieć świadomość, że „Złota Kaczka” jest:

  • obiektem o unikatowym charakterze
  • jedną z 2 jednostek pływających w Polsce zbudowaną do roku 1903.
  • 6 lat młodsza od wieży Eiffla,
  • 5 lat starsza od wrocławskiego Mostu Grunwaldzkiego
  • 7 lat starsza od Daru Pomorza

W wymiarze wychowawczym Kaczka jest takim samym narzędziem metodycznym jak … TOPOREK[12], wykorzystuje się ją jako pretekst do: zarobkowania, systematyczności, sprawności w posługiwaniu się narzędziami, budowania ducha grupy (załogi), dumy z posiadanych umiejętności i prawa obsługi (w zależności od wiedzy i doświadczenia), realizacji marzeń („Kto nie był Piratem za młodu, zostanie pierdołą na starość 😉”) [13], i tu każdy prawdziwy skautmistrz zbuduje dla siebie odpowiednie uzasadnienie.

Pierwszy, trudny (k)rok.

Na początku 2005 roku miasto Wrocław ogłosiło konkurs, którego celem było ratowanie i rewitalizacja zabytków.

Gazeta.pl o przyznanej dotacji
Od połowy 2004 gromadziliśmy dokumentację, bo nie mieliśmy żadnej.  Mail do Politechniki Gdańskiej zakończył się lakoniczną informacją, że remont polegający na mieszaniu konstrukcji spawanej i nitowanej jest praktycznie niemożliwy do przeprowadzenia, zaś wykonanie remontu w technologii nitowanej nie było możliwe ze względu na brak wykonawców/kosmiczną cenę.

Złożyliśmy pierwszy wniosek w konkursie, opiewający na kwotę ok 600 000 zł (kwota do rozdysponowania wynosiła 1.5 mln zł).  W marcu wiedzieliśmy, że otrzymamy 20 000 zł… Byliśmy załamani.  Koszt prac i materiałów przy remoncie dna został przez stocznię wyceniony na ok 150 000 zł . Jak to? My i nasza wspaniała Kaczka?! Klops, a miało być tak pięknie…

„Szukajcie przyjaciół!”

Nie chcieliśmy odmówić przyjęcia dotacji, ani skompromitować się w oczach urzędników. Ponieważ nic mądrego nie przyszło mi do głowy, szukając wyjścia z tej sytuacji,  postanowiłem wysłać ok 40 maili do osób zarządzających (producentów i dystrybutorów) stali, w całej Polsce.[14]

Wiecie, że nie jest łatwo znaleźć maila do np. prezesa huty. No nie? Do sekretariatów, asystentów, działów (różnych) zwykle nie ma co pisać. Bardzo trudno jest trafić z prośbą do kogoś kto rzeczywiście decyduje. Dlatego najpierw musiałem rozpoznać „metodykę” nadawania nazw maili handlowcom i pracownikom niższego szczebla danej firmy, potem na podstawie danych dostępnych trzeba było „wydedukować” adres mailowy kogoś decyzyjnego.

No i jeden z takich maili trafił do właściwej osoby (i to jakiej!), jak się okazało byłego harcerza, menadżera z Huty Stali Częstochowa, który po rozmowie obiecał pomoc.

Treść maila „rozpaczy” do dystrybutorów stali

Po tym mailu, wstąpiła w nas nadzieja, że jednak jest szansa. Huta obiecała nam sprzedaż po symbolicznej cenie całej potrzebnej na remont stali. W ten sposób zamiast ok. 1/8 powierzchni wymiany dna, mogliśmy wykonać tymi samymi środkami (20 tyś zł) ok. 1/3, i co ważniejsze mieliśmy już „kapitał” na wkład własny w postaci stali na przyszłe lata.

Na wręczeniu umów ZHR był jedynym niewyznaniowym podmiotem startującym w konkursie, co odnotowała Wyborcza w swoim artykule. Samego artykułu nie mogę „odkopać”, ale odnalazłem maila ówczesnego członka Zarządu Okręgu, który pochwalił się tym faktem.

Trzeba było zejść z marzeniami na ziemię, zrozumieć wrocławską specyfikę zabytków. Dopiero się tego uczyliśmy. Konkurowaliśmy o pieniądze m.in. z Katedrą, kościołem p.w. Św. Macieja, synagogą pod Złotym Bocianem,  kaplicą Hochberga (kompletnie zrujnowaną od wojny) i podobnymi zabytkami, z których najmłodszy datowany był na XVIII w.

Podpisana z miastem Wrocław umowa dotacyjna zakładała wymianę tylko fragmentu poszycia dna (dostosowywała zakres projektu do przydzielonych w konkursie środków).

Szybko okazało się, że wydanie nawet 20 tysięcy jest bardzo trudne. Nikt nie „palił się” do remontu częściowego, bez gwarancji, że zostanie on kiedykolwiek ukończony, zwłaszcza, że statek był kompletnej ruinie.  Szukaliśmy bardzo długo. Z czterech dostępnych stoczni tylko jedna podjęła się, ale zaznaczyła, że wykona prace pod koniec roku.

Korespondencja z Danielem Rudnickim w sprawie badania składu stali

Zaczęły się mnożyć kolejne problemy. Remont statku pod nadzorem konserwatora to jedno, ale jeśli statek ma kiedykolwiek pływać (zwłaszcza po słonej wodzie), musi być remontowany (takie wówczas istniały przepisy) pod nadzorem towarzystwa klasyfikacyjnego. W Polsce, wówczas, jedynym takim towarzystwem był Polski Rejestr Statków.

PRS potrzebował dokumentacji technicznej oraz technologicznej. Znalazłem projektanta, który wykonał projekt, ale… okazało się, że .. nie ma pewności czy stal, z której zbudowana jest Kaczka jest spawalna. Dramat.

Należało więc zrobić badanie stali pod kątem jej składu i spawalności. Najlepiej „za darmo”, bo nie mieliśmy środków.  We Wrocławiu robiły to dwa laboratoria, ale tylko jedno miało uznanie PRS i… okazało się, że w jednym z nich pracuje Tato naszego instruktora (phm Daniela Rudnickiego). Pamiętajcie przyjaciół trzeba SZUKAĆ! Oni sami się nie znajdują !

„Im dalej w las tym więcej drzew”.

Mail do śp kpt  Jana Ludwiga (PRS)

Dokumentacja została wykonana. Technolog potwierdził, że spawanie jest możliwe, pozostało „tylko” zatwierdzenie dokumentacji w PRS, co pozwoliłoby stoczni rozpocząć pracę. Wiadomo, że dla PRS „Złota Kaczka” nie była żadnym priorytetem, więc sprawy stały. Konieczne było poszukanie przyjaciół w PRS . Znaleźli się.

Pomógł kolejny PRZYJACIEL, zmarły 1 stycznia 2019 roku, wieloletni kapitan „Zawiszy Czarnego” Jan Ludwig.

Trochę to jeszcze potrwało, ale ostatecznie dokumentacja została zatwierdzona w PRS.

Czy ktoś z Was wie czym różni się pochylnia na stoczni w lecie, od tej samej pochylni w zimie? Statki śródlądowe pływają zwykle w od wiosny do późnej jesieni.

Późna jesień i zima to okres najintensywniejszych prac na stoczniach remontowych i w ten okres, nasza „Kaczka” właśnie wpadła… Z trudem zatwierdzona w PRS dokumentacja, czekała teraz na robotników, którzy rozpoczęli remonty statków, na których stocznia naprawdę zarabiała. Remont klasowy statku, to koszt wielokrotnie przewyższający 20 tyś złotych, które mieliśmy do wydania.

Zatwierdzone przez PRS rysunki

Tak więc, po zatwierdzeniu dokumentacji, nastąpiło badanie grubości kadłuba, które moim zdaniem żadnego sensu nie miało, ale jego dokumentacja musiała zostać wykonana i po tym badaniu statek pozostawiony na noc przy nabrzeżu zatonął… Kolejny raz. Po wypompowaniu wody, stoczniowcy postawili kadłub na wózkach pochylni i tak czekał na decyzję Pana prezesa.

Dziś trudno odtworzyć te wszystkie nerwy, telefony, prośby, które kierowałem do stoczni żeby podpisali umowę, a potem rozpoczęli prace. Ci, którzy pozwalają dziś sobie na ocenę projektu stojąc z boku, zwykle sami nigdy nie byli w sytuacji, którą opisuję. Nie stali „z ułamkiem” kwoty pod drzwiami prezesa stoczni i nie prosili go żeby w imię „przyszłych pokoleń”, „ratowania zabytku” podjął decyzję, na której jego spółka niewiele lub nie zarobi. Zamiast tego zostanie z rozgrzebanym statkiem na pochylni, który nie wiadomo czy będzie miał perspektywę finansową na dokończenie remontu.

Nie dziwię się też prezesowi stoczni, że zgodził się na rozpoczęcie prac dopiero ok 15 grudnia. Tymczasem aneksowana, w zakresie terminu, umowa dotacyjna przewidywała zakończenie rozliczenia na dzień 31 grudnia.. W międzyczasie święta itd. Nie wierzyłem, że stocznia wywiąże się ze zobowiązania. Co miałem do stracenia? Nic. Jakie miałem argumenty? Żadne.

W takim nastroju odwiedzałem codziennie „pole bitwy” i podziwiałem jak na mrozie, stoczniowcy najpierw wycięli palnikami prawię połowę poszycia dna, a następnie zaczęli odtwarzać nowe wręgi i denniki, by na końcu zamontować poszycie.

30 grudnia 2005 roku roboty zostały odebrane przez przedstawiciela służb konserwatorskich, została wystawiona faktura przez stocznię, donator – miasto Wrocław przelał do Okręgu ZHR środki i ZHR miał zapłacić stoczni. Niestety pojawił się kolejny problem.

W trakcie montażu poszycia dna

Otóż, według osoby odpowiedzialnej wówczas za konto środki nie wpłynęły do ZHR…  więc nie było z czego zapłacić. Tym razem stocznia, która wystawiała fakturę, wydzwaniała do mnie upominając się o zapłatę, a ja jedyne co mogłem zrobić to „wydukać” i powtórzyć to co usłyszałem od władz okręgu, że „środki są w drodze”.

Gorzka pigułka nr 1.  „historia magistra vitae est”

Niestety okazało się, że ta osoba wprowadziła mnie w błąd, jak się później okazało nie pierwszy raz i nie ostatni (pomijam nazwisko, bo tej osoby już w ZHR nie ma od jesieni 2014).

Ku mojemu zdumieniu ujawnili się również „przeciwnicy wewnętrzni z ZHR”, a dokładnie dwóch, którzy ówczesnemu Przewodniczącemu Okręgowej Komisji Rewizyjnej hm Jerzemu Komorowskiemu  przekazali, mniej więcej taką, „informację”: ZHR pobiera dotację na remont statku, który przecież nie jest własnością ZHR! Skandal!” [15]

Poprosili go również o interwencję „dla dobra ZHR” w Urzędzie miasta i… dh Jerzy poszedł do urzędników miejskich pytać „dlaczego miasto przekazuje dotację ZHR na statek, który nie jest własnością ZHR” , na co zdziwieni urzędnicy pokazali mu kopie dokumentów, a następnie poinformowali mnie o wizycie KRO, prosząc o wyjaśnienia….

Na szczęście w kadencji 2002-2004 byłem członkiem KRO i miałem doskonałe relacje z hm Komorowskim. Zadzwoniłem do niego, pokazałem oryginały dokumentów i dh Jerzy już więcej mnie o to nie pytał. Przeprosił, za to, że dał się tak „wmanewrować”. Ja z tym nigdy nie miałem problemu, wszak od tego jest Komisja Rewizyjna.

Na koniec, trochę o dotacjach.

Zakres prac w roku 2005 i 2006

Bardzo często jest tak, że urzędnicy niechętnie chcą ryzykować i np. przydzielają dotację w sposób zachowawczy, w taki sposób, żeby mieć pewność, że np. nie będzie ona zwrócona, w związku z niewykonaniem zadania, albo np. że będą jakiekolwiek problemy z jej rozliczeniem – to największa obawa urzędników i osób odpowiedzialnych za rozliczenia w ZHR (co nie ? 😊).

Dziś, z perspektywy czasu nie dziwię się, że dostaliśmy „tylko” 20 tys. zł. Bardzo dobrze, że tak mało. Naprawdę nie bylibyśmy w stanie wydać prawidłowo, ani rozliczyć 40 tys., nie wspominając o 60 tys. Co więcej nie zmotywowałoby nas to do szukania partnerów, którzy wsparliby nas dodatkowo. Po latach, gdy rozmawiałem z Panią konserwator zabytków, wspominała, że „modliła się, żeby harcerze prawidłowo wydali te środki”. Mówiła, że to była „próba” – weryfikacja, czy ZHR jest poważnym partnerem, czy potrafi pociągnąć tak skomplikowane zadanie.  Miała świadomość z jak wieloma trudnościami wiąże się ratowanie zabytków, ale miała też przekonanie, że harcerze z ZHR uratują „Złotą Kaczkę”.

Osoby nieznające realiów rozliczania dotacji, często podnoszą zarzut „nietransparentności”, braku celowości, nie rozumiejąc kompletnie, że żaden urzędnik nie rozliczy zadania, jeśli ono nie jest wykonane.

Dokładnie tak to wyglądało w przypadku „Złotej Kaczki”, trzeba było zdobyć wstępne uzgodnienie umowy z wykonawcą i urzędem, podpisać umowę, wykonać roboty, odebrać (protokół), i dopiero następowała płatność (do ZHR), a ZHR miał obowiązek uregulować płatność do wykonawcy. Nie ma tu żadnego marginesu na jakiekowiek kreatywne rozliczenie[16]

Udało się. Poznaliśmy mechanizmy, otrzymaliśmy wskazówki, wykonaliśmy to do czego się zobowiązaliśmy.

Przypisy

[1] „Jeden trudny rok” wyd.1938 , hm Juliusz Dąbrowski

[2] Krótki film o rąbaniu przerębla

[3] To jest sytuacja wychowawcza, która jest potężnym narzędziem dla drużynowego. Pakiet podobnych sytuacji, które stanowią o specyfice drużyn wodnych opiszę w odrębnym artykule, w przyszłości.

[4] Nie była to największa powódź w tysiącleciu. Nazywa się ją „tysiąclecia” ponieważ prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zjawiska wynosi 1 raz na tysiąc lat, zaś budowle przeciwpowodziowe we Wrocławiu powstały po powodzi 1903 r., której prawdopodobieństwo wystąpienia wynosi 1 raz na 100 lat.

[5] Powódź 1997 to de facto dwie fale, które przemieszczały się w odstępie ok 1 tygodnia.

[6] Prędkość względna – statek płynący z prędkością np. 6 km/h (względem dna), na rzece o prędkości nurtu ok 3km/h (gdy płynie z prądem), de facto płynie z prędkością 3 km/h (względem wody). Oznacza to również, że gdyby płynął z prędkością 3 km/h (względem wody) pod prąd, to de facto stałby w miejscu (względem dna). Znacie to z kajaków?

[7] Prezentacja multimedialna o powodzi  Galeria zdjęć z powodzi we Wrocławiu w roku 1997

[8] Ćwiczenia z zakresu posługiwania się sprzętem pływającym i udzielania pomocy w trakcie powodzi są moim zdaniem kolejnym polem potencjalnej służby dla „wodnej” części HOPRu.

[9] W 1999 zdałem drużynę, kolejny drużynowy przejął obowiązki i przywileje dysponowania statkiem, a ja zostałem Komendantem nowej przystani ZHR – HOW „Zatoka” .

[10] Do dyskusji o tym, czy biwak w szkole jest biwakiem w ogóle 😉

[11] W latach 1990-2016 Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej (jako stowarzyszenie) poniósł 0zł (ZERO zł) kosztów związanych z utrzymaniem statku. Cały koszt utrzymania spoczywał najpierw na 25 WrŻDH, do ok 2004/05, a później na szczepie drużyn wodnych i żeglarskich.

[12] Artykuł w Azymucie autorstwa Marka Kameckiego

[13] G. Majcher, z czasów bycia wachtowym „Piratów”

[14] Crowdfunding, ani Facebook jeszcze nie istniał 😊 .

[15] Po latach okazało się, że tych „dwóch ananasów” , którzy wnioskowali o kontrolę w KRO, zostali uznani przez KRZ winni nieprawidłowości przy rozliczeniu akcji letniej… m.in. za rozliczenie pieniędzy (ok. 15 tys. zł) przy pomocy karty drogowej. Rzekomo przejechali samochodem,  w związku z organizacją akcji letniej, dystans 19 596 km  (słownie: dziewiętnaście tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt sześć km).

[16] Nie można rozliczyć remontu statku np. kartą drogową czy kwitem kw – wystawianym samodzielnie. Wszystkie operacje są rozliczane poprzez rachunek bankowy.

Przeczytaj także

W harcerstwie od 1989 roku, w ZHR od 1993 do dziś. Był drużynowym w 25 Wrocławskiej Żeglarskiej Drużyny Harcerzy w latach 1995-99, następnie komendantem Harcerskiego Ośrodka Wodnego „Zatoka” 1998-2006, hufcowym, drużynowym 125 WrWDW (2011-13). Instruktor żeglarstwa PZŻ, jachtowy sternik morski (nieplastikowy).
Bywał pełnomocnikiem Naczelnictwa (komisarz – jednoosobowy ZO) ds. Okręgu Dolnośląskiego (2007-08), członkiem RN (2008-10), członkiem ZO (2008-15), skarbnikiem Okręgu (2009-14), pełnomocnikiem ds. statku „Złota Kaczka” w latach 2005-16.
Z zamiłowania bosman, mentalnie i z wykształcenia inżynier budownictwa, nieodkryty talent piłkarski, a ostatnio zdobywca Gran Paradiso i innych szczytów. Miłośnik jedzenia oraz pływania na wodach szerokich i wąskich.
Obecnie członek komendy w Związku Drużyn „Leśni” oraz pełnomocnik paru członków ZHR.

2 myśli o “Złota Kaczka – projekt. Część druga.

  1. Nie mam słów by wyrazić swój podziw dla odwagi, wytrwałości i nadziei dh. Grzegorza, dla niezliczonych godzin „walki” o Kaczkę.
    Ten upór mimo świadomości, że broni się czegoś z pozoru absurdalnego, ze wszech miar nieracjonalnego i nieopłacalnego jest imponujący.
    To jest legenda… albo po prostu kopalnia gawęd o prawdziwym harcerstwie.
    Jeśli mamy w ZHR krzyż za zasługi to jest on właśnie dla takich ludzi!
    Czuwaj!

  2. Muszę przyznać że czekałem na kolejną część Twojej opowieści.
    Świetna robota!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *